Elżbieta była osobą pogodną i szczęśliwą. Jednak dopiero w chorobie jej radość życia stała się dla nas szczególnie widoczna i pouczająca. Widzieliśmy jak "moc w słabości się doskonali" (2 Kor 12,9) i chcemy rozważać to dalej w sercu. Jej znajomi spontanicznie napisali wspomnienia o Eli, które zamieszczamy poniżej:
 
        W dniu 8 lutego 2010 r. Pan Bóg swoim niezbadanym i po ludzku nie zrozumiałym zrządzeniem powołał do Siebie naszą przyjaciółkę ś.p. Elę. Po przeżyciu zaledwie 37 lat, zostawiła trójkę dzieci (najmłodsze 2,5 roku). Na skrzydłach naszych modlitw odeszła do Pana, któremu zawsze ufała i zawsze była otwarta na Jego wolę - nawet wobec ciężkiej choroby nowotworowej. Jej odejście było dla wszystkich, którzy ją znali, ogromnym szokiem tym większym, że widmo najgorszego oddalało się. Leczenie bowiem przynosiło dobre efekty i niebawem miało się zakończyć. To budziło naszą nadzieję i radość, że Pan Bóg wysłuchuje naszych modlitw o jej zdrowie i wszystko idzie w dobrym kierunku. Niestety Boży plan był inny. Buntowaliśmy się w głębi serca, gdy przeczytaliśmy SMS-a "... odeszła do Pana" ale od samego początku uderzał nas ogromny spokój i gotowość przyjęcia woli Bożej nawet tak trudnej, przez jej najbliższych.
W czwartek 11 lutego nad Polską niebo było całkowicie zachmurzone, jechaliśmy na Mszę św. żałobną i pogrzeb. Godzina jego rozpoczęcia nie była przypadkowa - była to godzina Miłosierdzia, a pół godziny wcześniej rozpoczęła się modlitwa różańcowa. Wtedy nad wypełnionym po brzegi kościołem p.w. M.B. Bolesnej w Nowym Sączu - Zawadzie, gdzie odbywał się pogrzeb - na krótką chwilę wyszło słońce... widoczny znak nadziei, że dane nam jest żegnać świętą. Utwierdziliśmy się w tym przekonaniu, gdy zobaczyliśmy na początku Eucharystii 14 kapłanów wychodzących do koncelebry dwójkami całujących ołtarz. Niebawem nad trumną swej Mamy najstarsza córka odczytała słowa z Księgi Mądrości: "...sprawiedliwy choćby umarł przedwcześnie znajdzie odpoczynek..." (Mdr 4, 7-15). Wtedy powoli zaczęliśmy rozumieć więcej. Przecież każda z nią rozmowa bezpośrednia czy telefoniczna zawsze przeniknięta była gotowością przyjęcia woli Bożej. "Jak Bóg pozwoli..." "Jak Bóg da..." można było usłyszeć przy każdej okazji. Zawsze widać było przekonanie, że to, czego chce Pan Bóg, jest dla nas najlepsze. Postawa Eli w życiu jak również jej męża Pawła sprawiała, że każdy czuł się dobrze w ich towarzystwie. Do nich zawsze lgnęło wielu ludzi. Mieli dużo znajomych zarówno duchownych jak i świeckich, a my mieliśmy zaszczyt do nich należeć. To właśnie oni pierwsi powiedzieli nam o oazie rodzin - Domowym Kościele i namówili na spotkanie w Szczawnicy, po którym zdecydowaliśmy się na udział w D.K. Najpierw ten Domowy Kościół widzieliśmy w rodzinie stworzonej przez Elę i Pawła.
        Potwierdzeniem naszych refleksji nad całkowitym oddaniem się Bogu Eli i jej rodziny było to co nastąpiło bezpośrednio po Mszy św. Do mikrofonu podszedł Paweł i dziękując wszystkim za obecność i modlitwę, odczytał słowa napisane przez jego żonę, którym dała tytuł "Świadectwo".
        Świadectwo to nie wymaga żadnego komentarza. Jej słowa uznaliśmy za szczególne rekolekcje, a podobne myśli pojawiły się wśród pozostałych naszych znajomych. Grób, w którym została pochowana przykryła góra kwiatów i wiązanek, a na koniec grupa skrzypków zagrała melodię znanej pieśni "Panience na dobranoc".
        Trudne to rekolekcje, bo wymagały przemiany z buntu przeciw odejściu tak wartościowego człowieka i tak bardzo potrzebnego swoim bliskim - w całkowite zaufanie i oddanie się woli Boga. Dziś za Pawłem powtarzamy słowa: "Elu do zobaczenia w niebie".
 
Agnieszka i Marcin Pać
diecezja lubelska
 
        Panią śp. Elę Gnutek poznałam kilka miesięcy temu, kiedy to wzmagała się z chorobą nowotworową w brzozowskim szpitalu. Właściwie to tylko kilka razy z nią rozmawiałam, a jednak pozostała dla mnie prawdziwym znakiem Boga na mojej drodze życia. Podobnie wspominają p. Elę moje córki i siostra, które spotkały się z p. Elą poprzez szpital.
        Po leczeniu chemią i operacji, zaplanowano leczenie radioterapią, które miało trwać sześć tygodni. Codzienne dojeżdżanie z Nowego Sącza do Brzozowa było niemożliwe. Opatrzność sprawiła, że mieszkanie swoje w Brzozowie na ten czas odstąpiła p. Eli moja siostra Zosia. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego, normalny ludzki gest, o którym nie godziłoby się pisać, gdyby nie to, że przez ten fakt poznanie p. Eli uznaję za prawdziwy dla mnie i moich najbliższych dar, łaskę i doświadczenie od Boga.
        Rozmowa bowiem z p. Elą już po kilku zamienionych słowach wprowadzała atmosferę wyciszenia, usposabiała do zaufania, budziła pokój. Przy p. Eli czuło się kimś ważnym dla niej. Czuło się, że jest się słuchanym i traktowanym z pewnym szacunkiem. Nie było pochlebstwa, niepotrzebnych słów. Czuło się ciepło, pokój i pewne bezpieczeństwo. Każde zdanie było bowiem potwierdzeniem, że taka atmosfera miała swoje źródło w Bogu.
        Była pogodna, elegancka i zarazem bardzo skromna. Pani Ela nie moralizowała, nie pouczała ale świadczyła o Bogu. Poparciem tego był jej stosunek do choroby, która spadła na nią niespodziewanie. Zachowywała jednak stoicki spokój, chociaż miała jeszcze żywo w pamięci śmierć swojego 27-letniego brata, który odszedł do Pana 4 lata temu z powodu także choroby nowotworowej.
        Pani Ela nie popadała jednak w panikę. Zachowywała spokój, nie szukała tanich pocieszeń, ale pokładała całą ufność w Bogu. To emanowało od niej i udzielało się rozmówcy. Jej całkowite i zdecydowane zdanie się na wolę Bożą budziło podziw. Walczyła z chorobą mimo obserwowanej utraty sił. Miała nadzieję. Mówiła, że nadzieja umiera ostatnia. Bodźcem do takiej walki była też miłość ukochanej rodziny - kochanego męża i trójki małych dzieci.
        Po operacji, czy też podczas niełatwego leczenia nigdy nie narzekała. Nie miała do nikogo pretensji i żalu. Cierpiała tak, by swoim cierpieniem nikogo nie obciążyć. Była świadoma, że siły ja opuszczają, ale pocieszała najbliższych, że to wskutek kuracji. Nigdy nie traciła wiary, nadziei i ufności w Miłość Boga. Wszystko z przekonaniem Jemu zawierzała.
        Czas 6-ciu tygodni przebywania w pustym obcym mieszkaniu traktowała jako wielką łaskę i dobro od Pana. Dziękowała Bogu i spotkanym ludziom za okazane dobro, które było przecież zwyczajnym obowiązkiem pomocy potrzebującemu. Była nadzwyczaj wdzięczna co okazywała w gestach rewanżu, telefonach, SMS-ach, a nawet odwiedzinach. Czas tej "kwarantanny" traktowała jako okazję poświęcenia go na lekturę Słowa Bożego, medytacje i refleksje. Mówiła, że nie nudzi się i nie czuje się samotna. Długie jesienne popołudnia i wieczory traktowała jako okazję do przebywania sam na sam z Panem Bogiem - a to jest wielką łaską i dobrodziejstwem Jego.
        Takie świadectwo życia i autentycznej wiary jakie pozostawiła Ela w obliczu choroby nowotworowej rzadko się zdarza, tym bardziej, że daje go matka małych dzieci.
        W moich oczach, jak i w oczach moich bliskich, którzy poznali Elę jest ono prawdziwym heroizmem, jest postawą nieprzeciętną - apostolską. Nie mogłam więc tego odczucia pozostawić tylko dla siebie. Czułam potrzebę, a nawet przynaglenie podzielenia się tym, by ocalić od zapomnienia. Jestem przekonana, że wielu takich lub podobnych ludzi - po prostu "cichych świętych" żyje pośród nas, a dla nas śp. Ela Gnutek była jedną z nich.
        Pan odwołał Elę z tego świata. Zabrał kochaną żonę i wspaniałą matkę. Po ludzku trudno zrozumieć decyzję Boga. Razem z Elą umarła nadzieja uzdrowienia - jako ostatnia. Nie umarła jednak wiara w prawdę, że Pan Bóg, jeżeli zabiera człowiekowi wszystko, to tylko po to, by mu dać jeszcze więcej, a tej wiary i zarówno nadziei, nam już nikt nie zabierze.
        O takie przekonanie i wiarę proszę Boga dla wszystkich jej najbliższych i tych, których śmierć Eli nie była obojętna. Bez takiej bowiem wiary nie jest możliwe przetrwanie bólu rozłąki spowodowanej odejściem do wieczności.
Poruszona świadectwem Eli a także w duchu wdzięczności składam te słowa na ręce męża Pani Eli - Pana Pawła
 
Anna z córkami oraz siostrą Zosią

        Wczoraj cała Wspólnota naszej szkoły wraz z pogrążoną w smutku i bólu rodziną, oraz licznie zgromadzonymi przyjaciółmi, pożegnała zmarłą 8.02.2010 r. śp. Elżbietę Gnutek - kochaną Koleżankę, wspaniałego Przyjaciela, Nauczyciela i Wychowawcę.
        Uroczystości pogrzebowe, rozpoczęły się Mszą Świętą w kościele Matki Bożej Bolesnej w Zawadzie - w parafii, w której Ona mieszkała. Symboliczny i nieprzypadkowy był moment Eucharystii - 11 luty 2010 godz. 15.00: "Godzina Miłosierdzia Bożego", "Święto Najświętszej Maryi Panny z Lourdes" oraz "Światowy Dzień Chorych". Mszę świętą żałobną odprawiało kilkunastu księży, którym przewodniczył ks. dr Marian Chełmecki (katecheta szkolny), a przejmującą homilię wygłosił ks. dr Paweł Kochaniewicz (przewodniczący Katolickiego Stowarzyszenia Oświatowego w Nowym Sączu). W wypełnionym po brzegi kościele usłyszeliśmy słowa, które wyrażały ogromną wdzięczność za świadectwo Jej życia, które w całości było wielkim świadectwem wiary we Wszechmogącego Boga.  Poprzez prostotę swojego życia: bycie dobrą żoną, dobrą matką i dobrym człowiekiem, śp. Elżbieta realizowała słowa Sługi Bożego Jana Pawła II: "Nie bójcie się być Świętymi". Wraz z mężem Pawłem i trójką  dzieci stworzyli rodzinę, która była prawdziwym "Domowym Kościołem", a kto w to nie wierzył, to mógł tego doświadczyć uczestnicząc w tej Eucharystii. Ciało śp. Elżbiety spoczęło na cmentarzu w Nawojowej pod olbrzymią stertą kwiatów, które złożyli wdzięczni i pamiętający uczniowie, przyjaciele, koledzy i koleżanki oraz ludzie, którzy Ją szanowali i dla których była autorytetem. Uczestnictwo w tej Eucharystii rozpaliło w naszych sercach płomień - płomień, który mógł rozgrzać u wielu osób na nowo, gasnący ogień wiary. To też jest wielką zasługą nieobecnej cieleśnie z nami Elżbiety.
        Śp. Elżbieta (dla wielu Elunia) na zawsze pozostanie w naszych sercach i naszej pamięci, a podążając za słowami ks. Prałata Antoniego Koterli: "powinniśmy szczególnie w tym najtrudniejszym dla nich okresie, otoczyć wielką troską Jej najbliższą rodzinę  męża Pawła, 2,5 letnią Gabrysię, 9 letniego Dominika i 12 letnią Olę".
Za słowami Pawła - męża Elżbiety, chciało by się powiedzieć:
"Elu do zobaczenia w Niebie"...
Tekst zamieszczony na stronie internetowej Katolickiej Szkoły Podstawowej w Nowym Sączu